niedziela, 25 lutego 2018

#2 - The second - The first defeat (as usual early)

Ból wyrażany każdym oddechem. Tłumiony głęboko, ale czasami tak silny, że wylewający się na zewnątrz. Czasami nie potrafię go pohamować. Czasami łzy płyną same. Szczególnie podczas wielbienia. I najsilniej, najmniej mogę je kontrolować... zabawne, zawsze w kościele. Gdy ludzi wokół jest mnóstwo, gdy wszyscy mogą go zobaczyć... może to paradoks. Może to chwila na moment zwalnia kontrolę. A może to mój skrajny egoizm, może naprawdę jestem tak zła i zepsuta, że pozwalam sobie na brak kontroli jedynie tam, gdzie mogę "być widziana" /"być podziwiana"/, gdzie każdy może ten ból zobaczyć, choć łzy to tylko łzy, jeszcze niewiele precyzują. Mogą być oznaką zarówno emocji radości, jak i smutku, niekiedy też gniewu. To wiedział już Lazarus... ale wcale nie trzeba mieć do tego dyplomu ani wiedzy specjalistycznej, psychologia bywa zdroworozsądkowa.

Pomiędzy czasem pogubiłam się w zeznaniach. Dużo było emocji od ostatniego wpisu, a ja - choć obiecałam sobie umieć /uczyć się/ zatrzymać i się nimi dzielić, zwyczajnie ubierać je w słowa... znowu tego nie zrobiłam. Bo mi się nie chciało. Bo konfrontacja ze sobą boli. Zabawne. Bo myślę o tym i wiem to; słyszę swoje myśli, jestem ich w pełni świadoma i one też wpływają na mój nastrój, poczucie siebie. Ale jakoś, dopóki ich nie "wypowiem", dopóki ich nie zobaczę /przeczytam/... jakoś cholera mniej mnie bolą.

A na poważnie, połamana dzisiaj jestem. Chyba znowu zmiana pogody. Albo może bieganie w temperaturze -12 stopni w alladynkach, adidasach z siatką i bluzie mi zaszkodziło? Dłonie prawie odpadły. Palce u stóp też.
Tak, zdrowie też nigdy nie było dla mnie istotne. Wróć! - moje zdrowie, innych tak.
Ach, ta ludzka hipokryzja.

E.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz