Ból wyrażany każdym oddechem. Tłumiony głęboko, ale czasami tak silny, że wylewający się na zewnątrz. Czasami nie potrafię go pohamować. Czasami łzy płyną same. Szczególnie podczas wielbienia. I najsilniej, najmniej mogę je kontrolować... zabawne, zawsze w kościele. Gdy ludzi wokół jest mnóstwo, gdy wszyscy mogą go zobaczyć... może to paradoks. Może to chwila na moment zwalnia kontrolę. A może to mój skrajny egoizm, może naprawdę jestem tak zła i zepsuta, że pozwalam sobie na brak kontroli jedynie tam, gdzie mogę "być widziana" /"być podziwiana"/, gdzie każdy może ten ból zobaczyć, choć łzy to tylko łzy, jeszcze niewiele precyzują. Mogą być oznaką zarówno emocji radości, jak i smutku, niekiedy też gniewu. To wiedział już Lazarus... ale wcale nie trzeba mieć do tego dyplomu ani wiedzy specjalistycznej, psychologia bywa zdroworozsądkowa.
Pomiędzy czasem pogubiłam się w zeznaniach. Dużo było emocji od ostatniego wpisu, a ja - choć obiecałam sobie umieć /uczyć się/ zatrzymać i się nimi dzielić, zwyczajnie ubierać je w słowa... znowu tego nie zrobiłam. Bo mi się nie chciało. Bo konfrontacja ze sobą boli. Zabawne. Bo myślę o tym i wiem to; słyszę swoje myśli, jestem ich w pełni świadoma i one też wpływają na mój nastrój, poczucie siebie. Ale jakoś, dopóki ich nie "wypowiem", dopóki ich nie zobaczę /przeczytam/... jakoś cholera mniej mnie bolą.
A na poważnie, połamana dzisiaj jestem. Chyba znowu zmiana pogody. Albo może bieganie w temperaturze -12 stopni w alladynkach, adidasach z siatką i bluzie mi zaszkodziło? Dłonie prawie odpadły. Palce u stóp też.
Tak, zdrowie też nigdy nie było dla mnie istotne. Wróć! - moje zdrowie, innych tak.
Ach, ta ludzka hipokryzja.
E.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz