Standardowo, tych wpisów mogło być więcej, w zasadzie całe mnóstwo. Myśli kłębią się nieustannie, ale ostatecznie… brak mi słów, aby je wszystkie wyrazić.
Nieznośny ból serca. Taki dotkliwy i rozdzielający, a zarazem tępy i jakoś dziwnie… ściskający klatkę piersiową.
Co się stało? Ano właśnie kurwa chyba nic – wszak, standardowo, zjebałam. I chyba trudno cokolwiek dodać w tym temacie.
Niby wiem, gdzie jest problem. Niby wiem, jak działa ten mechanizm. I dopóki trzymam dystans, jest względnie. Nikt nie musi wiedzieć, co czuję, co myślę, ważne, żeby ta druga strona się nie zorientowała. Ale co ja poradzę, że tak bardzo nie potrafię się nie angażować? Nie umiem wchodzić w relacje „na wyjebaniu”. Nie wiem, albo mam coś totalnie z głową nie tak, albo za bardzo szanuję ludzi, żeby traktować ich masowo i przedmiotowo.
I w sumie, skoro tak nie umiem… To chyba powinnam też zmienić pracę.
Dystans i brak inicjatywy. Dystans jest bezpieczny, bo chroni przed zaangażowaniem. Albo inaczej – nie pokazuje tego zaangażowania drugiej osobie.
Brak inicjatywy… poniekąd jak wyżej, pomaga się nie angażować. Dopóki nie jestem pewna, boję się. Boję się, bo wiem, że potrafię zaangażować się za bardzo. I wtedy to ta druga osoba jest najważniejsza. Potrafię tak. Ale potrzebuję na to czasu. Po prostu… boję się znowu odrzucenia.
Tak, wiem, to totalnie bez sensu, bo w ten sposób odstraszam i zniechęcam ludzi – kółko się zamyka, dziękuję i pozdrawiam.
Może ja nie jestem trudna. Jestem po prostu zjebana, coś poszło nie tak w procesie tworzenia. No, cóż. Wypadki przy pracy się zdarzają – nawet najlepszym.
Amen – chyba już nawet nie mam w tym momencie siły na autopocisk… bo zajęłoby to kolejne 5 stron. Dużo rzeczy chciałabym poprawić i naprawić.
_
3 X 2020
E.