wtorek, 29 maja 2018

#3 The third - It has last a bit too long, hasn't it?


Ból fizyczny zmienia perspektywę patrzenia na świat. Niekiedy działania stają się chaotyczne i irracjonalne, niejasne dla samej jednostki; czasami postawienie przed fizyczną i psychiczną „ścianą” otwiera oczy i budzi dawno zapomniane wartości, pragnienia, marzenia, najbardziej choćby dziecinne. Zagrzebane, ukryte głęboko. Nagle pewne rzeczy tracą na znaczeniu, inne je odzyskują, jeszcze inne zyskują. Ale może takie momenty też są w życiu potrzebne? Może czasami dzięki nim uświadamiamy sobie, że w ogóle żyjemy albo że cokolwiek może zależy od nas?
A może czasami trzeba walnąć kilka razy o ten mur. Może trzeba upaść X miliardów, a nie milionów razy. A może nadal marudzić, płakać, narzekać, ale mimo to – po cichu walczyć. Powoli. Łapać oddech. Raz i drugi. Czasami się cofnąć. Czasami trochę pobłądzić. Mieć dosyć siebie i świata, wściekać się na wszystko, być w nienawiści u wszystkich. A może czasem trzeba zrobić z siebie ofiarę, wzbudzić litość, nawet nie celowo, może czasami trzeba się innym narzucać i być widzianym. Może zamknięcie nie zawsze pomaga. Może puste krzyki w ciszy nie są najlepszym rozwiązaniem. Może czasami trzeba otwarcie pałać gniewem, pomimo wyrzutów sumienia i poczucia bezsensu. Może kiedyś to mija.
Ale nie może, a na pewno – warto chociaż próbować. Bo teraz to chyba schemat zerojedynkowy – All Or Nothing. 

E.

niedziela, 25 lutego 2018

#2 - The second - The first defeat (as usual early)

Ból wyrażany każdym oddechem. Tłumiony głęboko, ale czasami tak silny, że wylewający się na zewnątrz. Czasami nie potrafię go pohamować. Czasami łzy płyną same. Szczególnie podczas wielbienia. I najsilniej, najmniej mogę je kontrolować... zabawne, zawsze w kościele. Gdy ludzi wokół jest mnóstwo, gdy wszyscy mogą go zobaczyć... może to paradoks. Może to chwila na moment zwalnia kontrolę. A może to mój skrajny egoizm, może naprawdę jestem tak zła i zepsuta, że pozwalam sobie na brak kontroli jedynie tam, gdzie mogę "być widziana" /"być podziwiana"/, gdzie każdy może ten ból zobaczyć, choć łzy to tylko łzy, jeszcze niewiele precyzują. Mogą być oznaką zarówno emocji radości, jak i smutku, niekiedy też gniewu. To wiedział już Lazarus... ale wcale nie trzeba mieć do tego dyplomu ani wiedzy specjalistycznej, psychologia bywa zdroworozsądkowa.

Pomiędzy czasem pogubiłam się w zeznaniach. Dużo było emocji od ostatniego wpisu, a ja - choć obiecałam sobie umieć /uczyć się/ zatrzymać i się nimi dzielić, zwyczajnie ubierać je w słowa... znowu tego nie zrobiłam. Bo mi się nie chciało. Bo konfrontacja ze sobą boli. Zabawne. Bo myślę o tym i wiem to; słyszę swoje myśli, jestem ich w pełni świadoma i one też wpływają na mój nastrój, poczucie siebie. Ale jakoś, dopóki ich nie "wypowiem", dopóki ich nie zobaczę /przeczytam/... jakoś cholera mniej mnie bolą.

A na poważnie, połamana dzisiaj jestem. Chyba znowu zmiana pogody. Albo może bieganie w temperaturze -12 stopni w alladynkach, adidasach z siatką i bluzie mi zaszkodziło? Dłonie prawie odpadły. Palce u stóp też.
Tak, zdrowie też nigdy nie było dla mnie istotne. Wróć! - moje zdrowie, innych tak.
Ach, ta ludzka hipokryzja.

E.

niedziela, 18 lutego 2018

#1 The first - Windows update time pressure (as any time)

Zabawne okoliczności początku - "Windows update". Mniej niż 10 minut. Wystarczy na pierwszego posta?

Sama nie wiem. Czasami myśli w głowie jest zbyt dużo. Czasu zawsze zbyt mało. Ręcznie dziennik piszę, kiedyś uwielbiałam blogować... Może nie wszystko w życiu musi być zaplanowane od razu do końca, a ostateczny cel (tudzież przyczyna podjęcia działania) z góry znana i jasna, i wytyczona, ustalona...
Ale mnie od zawsze brak spontaniczności. Gonitwa myśli bez ładu i składu, którą odsuwam i odrzucam, bo nigdy nie mam czasu. I już mnie to męczy. A jednocześnie robię wszystko by go nie mieć, bo jak już mam, to czuję pustkę i... nie mam pojęcia, co z nim robić.

Obudziłam się. Naprawdę. Jestem sama. Mam problem. W sumie nie jeden. Ze sobą, z życiem, z przyszłością... po prostu nie boję się i nie wstydzę do tego przyznać. Uwarunkowania są różnorakie. I co z tego? Jak boli, to chcę krzyczeć. Może teraz wreszcie zacznę, bo dotychczas tylko to w sobie noszę i rozładowuję jakoś, hm, opacznie. To szkodzi.

Pora zmienić priorytety. Trzy główne dylematy na horyzoncie, póki co. Ale na razie nie będę aż tak roztrząsać i nie wybiorę, na którym się skupić. Jeszcze dam sobie oddech i chwilę, i jeszcze trochę poczekam.
Może to trochę odwlekanie?
A może mały kompromis.

Ot, dam sobie czas... do końca lutego.

"Windows update", idealnie 5 minut do ponownego uruchomienia komputera.
Wygląd nie jest ważny, prawda? No, w każdym razie... może nie najważniejszy.

E.