Zabawne okoliczności początku - "Windows update". Mniej niż 10 minut. Wystarczy na pierwszego posta?
Sama nie wiem. Czasami myśli w głowie jest zbyt dużo. Czasu zawsze zbyt mało. Ręcznie dziennik piszę, kiedyś uwielbiałam blogować... Może nie wszystko w życiu musi być zaplanowane od razu do końca, a ostateczny cel (tudzież przyczyna podjęcia działania) z góry znana i jasna, i wytyczona, ustalona...
Ale mnie od zawsze brak spontaniczności. Gonitwa myśli bez ładu i składu, którą odsuwam i odrzucam, bo nigdy nie mam czasu. I już mnie to męczy. A jednocześnie robię wszystko by go nie mieć, bo jak już mam, to czuję pustkę i... nie mam pojęcia, co z nim robić.
Obudziłam się. Naprawdę. Jestem sama. Mam problem. W sumie nie jeden. Ze sobą, z życiem, z przyszłością... po prostu nie boję się i nie wstydzę do tego przyznać. Uwarunkowania są różnorakie. I co z tego? Jak boli, to chcę krzyczeć. Może teraz wreszcie zacznę, bo dotychczas tylko to w sobie noszę i rozładowuję jakoś, hm, opacznie. To szkodzi.
Pora zmienić priorytety. Trzy główne dylematy na horyzoncie, póki co. Ale na razie nie będę aż tak roztrząsać i nie wybiorę, na którym się skupić. Jeszcze dam sobie oddech i chwilę, i jeszcze trochę poczekam.
Może to trochę odwlekanie?
A może mały kompromis.
Ot, dam sobie czas... do końca lutego.
"Windows update", idealnie 5 minut do ponownego uruchomienia komputera.
Wygląd nie jest ważny, prawda? No, w każdym razie... może nie najważniejszy.
E.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz