Ból wyrażany każdym oddechem. Tłumiony głęboko, ale czasami tak silny, że wylewający się na zewnątrz. Czasami nie potrafię go pohamować. Czasami łzy płyną same. Szczególnie podczas wielbienia. I najsilniej, najmniej mogę je kontrolować... zabawne, zawsze w kościele. Gdy ludzi wokół jest mnóstwo, gdy wszyscy mogą go zobaczyć... może to paradoks. Może to chwila na moment zwalnia kontrolę. A może to mój skrajny egoizm, może naprawdę jestem tak zła i zepsuta, że pozwalam sobie na brak kontroli jedynie tam, gdzie mogę "być widziana" /"być podziwiana"/, gdzie każdy może ten ból zobaczyć, choć łzy to tylko łzy, jeszcze niewiele precyzują. Mogą być oznaką zarówno emocji radości, jak i smutku, niekiedy też gniewu. To wiedział już Lazarus... ale wcale nie trzeba mieć do tego dyplomu ani wiedzy specjalistycznej, psychologia bywa zdroworozsądkowa.
Pomiędzy czasem pogubiłam się w zeznaniach. Dużo było emocji od ostatniego wpisu, a ja - choć obiecałam sobie umieć /uczyć się/ zatrzymać i się nimi dzielić, zwyczajnie ubierać je w słowa... znowu tego nie zrobiłam. Bo mi się nie chciało. Bo konfrontacja ze sobą boli. Zabawne. Bo myślę o tym i wiem to; słyszę swoje myśli, jestem ich w pełni świadoma i one też wpływają na mój nastrój, poczucie siebie. Ale jakoś, dopóki ich nie "wypowiem", dopóki ich nie zobaczę /przeczytam/... jakoś cholera mniej mnie bolą.
A na poważnie, połamana dzisiaj jestem. Chyba znowu zmiana pogody. Albo może bieganie w temperaturze -12 stopni w alladynkach, adidasach z siatką i bluzie mi zaszkodziło? Dłonie prawie odpadły. Palce u stóp też.
Tak, zdrowie też nigdy nie było dla mnie istotne. Wróć! - moje zdrowie, innych tak.
Ach, ta ludzka hipokryzja.
E.
niedziela, 25 lutego 2018
niedziela, 18 lutego 2018
#1 The first - Windows update time pressure (as any time)
Zabawne okoliczności początku - "Windows update". Mniej niż 10 minut. Wystarczy na pierwszego posta?
Sama nie wiem. Czasami myśli w głowie jest zbyt dużo. Czasu zawsze zbyt mało. Ręcznie dziennik piszę, kiedyś uwielbiałam blogować... Może nie wszystko w życiu musi być zaplanowane od razu do końca, a ostateczny cel (tudzież przyczyna podjęcia działania) z góry znana i jasna, i wytyczona, ustalona...
Ale mnie od zawsze brak spontaniczności. Gonitwa myśli bez ładu i składu, którą odsuwam i odrzucam, bo nigdy nie mam czasu. I już mnie to męczy. A jednocześnie robię wszystko by go nie mieć, bo jak już mam, to czuję pustkę i... nie mam pojęcia, co z nim robić.
Obudziłam się. Naprawdę. Jestem sama. Mam problem. W sumie nie jeden. Ze sobą, z życiem, z przyszłością... po prostu nie boję się i nie wstydzę do tego przyznać. Uwarunkowania są różnorakie. I co z tego? Jak boli, to chcę krzyczeć. Może teraz wreszcie zacznę, bo dotychczas tylko to w sobie noszę i rozładowuję jakoś, hm, opacznie. To szkodzi.
Pora zmienić priorytety. Trzy główne dylematy na horyzoncie, póki co. Ale na razie nie będę aż tak roztrząsać i nie wybiorę, na którym się skupić. Jeszcze dam sobie oddech i chwilę, i jeszcze trochę poczekam.
Może to trochę odwlekanie?
A może mały kompromis.
Ot, dam sobie czas... do końca lutego.
"Windows update", idealnie 5 minut do ponownego uruchomienia komputera.
Wygląd nie jest ważny, prawda? No, w każdym razie... może nie najważniejszy.
E.
Sama nie wiem. Czasami myśli w głowie jest zbyt dużo. Czasu zawsze zbyt mało. Ręcznie dziennik piszę, kiedyś uwielbiałam blogować... Może nie wszystko w życiu musi być zaplanowane od razu do końca, a ostateczny cel (tudzież przyczyna podjęcia działania) z góry znana i jasna, i wytyczona, ustalona...
Ale mnie od zawsze brak spontaniczności. Gonitwa myśli bez ładu i składu, którą odsuwam i odrzucam, bo nigdy nie mam czasu. I już mnie to męczy. A jednocześnie robię wszystko by go nie mieć, bo jak już mam, to czuję pustkę i... nie mam pojęcia, co z nim robić.
Obudziłam się. Naprawdę. Jestem sama. Mam problem. W sumie nie jeden. Ze sobą, z życiem, z przyszłością... po prostu nie boję się i nie wstydzę do tego przyznać. Uwarunkowania są różnorakie. I co z tego? Jak boli, to chcę krzyczeć. Może teraz wreszcie zacznę, bo dotychczas tylko to w sobie noszę i rozładowuję jakoś, hm, opacznie. To szkodzi.
Pora zmienić priorytety. Trzy główne dylematy na horyzoncie, póki co. Ale na razie nie będę aż tak roztrząsać i nie wybiorę, na którym się skupić. Jeszcze dam sobie oddech i chwilę, i jeszcze trochę poczekam.
Może to trochę odwlekanie?
A może mały kompromis.
Ot, dam sobie czas... do końca lutego.
"Windows update", idealnie 5 minut do ponownego uruchomienia komputera.
Wygląd nie jest ważny, prawda? No, w każdym razie... może nie najważniejszy.
E.
Subskrybuj:
Posty (Atom)