poniedziałek, 2 listopada 2020

The tenth - This story always ends the same way.

 
Cóż, ta historia zawsze kończy się tak samo.
Szkoda tylko, że ja nie potrafię skończyć. I tak naprawdę… nawet te 60 tabletek niczego nie zmieni. W każdej sekundzie byłam, jestem i będę sama. 
Nie ważne, co zrobię, prawda? Bo to mnie nie da się zmienić… więc historia zawsze skończy się tak samo.
 
Tic, tak, tic, tak. Kolejne dni, kolejne tygodnie, miesiące i lata. Dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści – bez znaczenia, im szybciej zniknę, tym lepiej, bo przecież zakończenie nigdy nie będzie inne.

Proszę, chcę zamknąć oczy – dokładnie te same, z których ciągle płyną te nieznośne, słone kropelki – i nigdy więcej ich już nie otwierać.
Niech ktoś zabierze mi serce i pozwoli przestać oddychać. Tylko kilka minut – to powinno wystarczyć.

Może te 60 tabletek wystarczy…
Ale nigdy nie będę miała dość odwagi. A szkoda – świat byłby lepszy.
Chociaż… czy ktokolwiek by to zauważył? Chyba przeceniłam swoją ważność.
Ż-A-Ł-O-S-N-A – jak zawsze.
AMEN.



PS. Boże, dziękuję za wyrozumiałego przełożonego i za tych ludzi.
Ale i tak jestem sama w tym tłumie.

sobota, 3 października 2020

The nineth - Vicious circle



Standardowo, tych wpisów mogło być więcej, w zasadzie całe mnóstwo. Myśli kłębią się nieustannie, ale ostatecznie… brak mi słów, aby je wszystkie wyrazić.
Nieznośny ból serca. Taki dotkliwy i rozdzielający, a zarazem tępy i jakoś dziwnie… ściskający klatkę piersiową.
Co się stało? Ano właśnie kurwa chyba nic – wszak, standardowo, zjebałam. I chyba trudno cokolwiek dodać w tym temacie. 

Niby wiem, gdzie jest problem. Niby wiem, jak działa ten mechanizm. I dopóki trzymam dystans, jest względnie. Nikt nie musi wiedzieć, co czuję, co myślę, ważne, żeby ta druga strona się nie zorientowała. Ale co ja poradzę, że tak bardzo nie potrafię się nie angażować? Nie umiem wchodzić w relacje „na wyjebaniu”. Nie wiem, albo mam coś totalnie z głową nie tak, albo za bardzo szanuję ludzi, żeby traktować ich masowo i przedmiotowo.
I w sumie, skoro tak nie umiem… To chyba powinnam też zmienić pracę.

Dystans i brak inicjatywy. Dystans jest bezpieczny, bo chroni przed zaangażowaniem. Albo inaczej – nie pokazuje tego zaangażowania drugiej osobie.
Brak inicjatywy… poniekąd jak wyżej, pomaga się nie angażować. Dopóki nie jestem pewna, boję się. Boję się, bo wiem, że potrafię zaangażować się za bardzo. I wtedy to ta druga osoba jest najważniejsza. Potrafię tak. Ale potrzebuję na to czasu. Po prostu… boję się znowu odrzucenia.
Tak, wiem, to totalnie bez sensu, bo w ten sposób odstraszam i zniechęcam ludzi – kółko się zamyka, dziękuję i pozdrawiam.

Może ja nie jestem trudna. Jestem po prostu zjebana, coś poszło nie tak w procesie tworzenia. No, cóż. Wypadki przy pracy się zdarzają – nawet najlepszym.
Amen – chyba już nawet nie mam w tym momencie siły na autopocisk… bo zajęłoby to kolejne 5 stron. Dużo rzeczy chciałabym poprawić i naprawić.
_
3 X 2020

E.

niedziela, 3 maja 2020

The eighth - Never come back


Pomyślałam sobie, że próbuję ostatni raz. Jeśli teraz się nie uda, to pora po prostu dać sobie wreszcie spokój. Wszak staropanieństwo toż nie koniec świata, prawda?
Szkoda tylko, że emocje nie rozumieją, a serce pęka i się buntuje. Ale czekaj, czekaj – jeszcze Cię sobie podporządkuję, rozum musi wziąć górę.
A tak naprawdę, to tylko takie bezsensowne gadanie. Pamiętam, jak było za pierwszym razem. Pamiętam, jak bardzo bolało mnie to rozstanie. Drugi raz w życiu tak bardzo. A pierwszy – tak bardzo nie mogłam się pozbierać. Tak długo i często wracało… to znak, że tak miało być? Że mieliśmy znowu się spotkać? Może.
A może to doprowadzi tylko do większego bólu.
Sama już nie wiem.

Jestem szczęśliwa. Przy Tobie, obok Ciebie, w Twojej obecności, z Tobą w głowie. Ale równie mocno, jak nie mocniej, boję się. Bo to już raz było. A teraz jest piękniej… ale trudniej. O jakieś… ponad 330 km.
Ja nie wrócę. Nie potrafię. Tutaj zaczęłam żyć. Tam tylko się dusiłam.
Jestem pewna, jak niewielu rzeczy na świecie – chcę być z Tobą. I równie pewna jestem, że nie potrafię tam wrócić. I prawdopodobnie nie będę w stanie – bo serce się buntuje i na nic racjonalność, która ma zresztą logiczne argumenty. Nie potrafię… i tak – nie chcę. Bo od tego uciekłam… i zaczęłam być szczęśliwa – i prawdziwie wolna.

3 V 2020, g. 22:19

poniedziałek, 16 września 2019

#The seventh - Some reflections (autumn is coming)

Zasadniczo, całe życie uciekam przed… czymś. Jako dziecko – przed rzeczywistością. Brzmi może nieco groźnie, ale to raczej norma rozwojowa aniżeli anomalia czy dewiacja – oczywiście do pewnego stopnia, na pewnym zdrowym poziomie. Dziecko potrzebuje takiej ucieczki do „swojego świata”. Nie mam tutaj na myśli ignorowania rzeczywistości, raczej płynne przełączanie się między fantazją a rzeczywistością.
To najpierw ucieczka przez rzeczywistością. A potem? Pewnie przez sobą. Okres dorastania, trudny czas, co tu dużo mówić. I chyba tutaj mogę lokalizować poważniejsze, bardziej widoczne początki swoich obecnych trudności. Do pewnego momentu szło dobrze – przynajmniej względnie dobrze. A potem coś jakby… zgrzytnęło, skrzywiło, odskoczyło w bok – i już nie wróciło, gdzie trzeba. Albo inaczej – coś wcześniej musiało pójść nie tak, bo im więcej lat mija i im więcej wiedzy zdobywam, im częściej się nad tym zastanawiam i słucham różnych opinii… choroba pojawiła się właśnie w tym, a nie w innym momencie, bo chyba zbyt bardzo bałam się poznać siebie, odkryć siebie. Coś poszło nie tak – nie wiem kiedy, nie wiem dlaczego. Inaczej – mam rozmaite teorie, dlaczego. Pewnie któraś się trafna, jakaś może bardziej, inna może mniej. A może prawda leży pośrodku albo każda jest równie prawdziwa. W zasadzie, nieistotne. Coś poszło nie tak, a efekty ciągną się do dziś. Podstawowe zadanie rozwojowe tego okresu – „Kim jestem?” – jakoś… przeciągnęło mi się w czasie. I w sumie chyba nadal do końca się nie wyklarowało. Choć z pewnością dziś wiem o sobie więcej niż wówczas.
Ale jeden fakt jest niezmienny – nadal uciekam. Przed czym? Chyba dalej trochę przed rzeczywistością (w pełni nigdy się z tego nie wyrasta), przez problemami, przed deszczem i beznadziejną pogodą (wieje i jest zimno – gdzie to kalendarzowe lato?!), ale głównie to chyba jednak… przed sobą. W sumie to zawsze wydawało mi się, że najtrudniej przed sobą przyznać, że coś jest nie tak i zacząć coś zmieniać. A teraz mam wrażenie, że… zdecydowanie trudniej mi pokazać innym, że coś było/jest nie tak i zacząć zmieniać, bo znowu pokazałam już coś i teraz musiałabym pokazać resztę, która mimo wszystko zmieniłaby obraz aktualny.
Cholera, wiem, że jestem beznadziejna. Wiem o wielu swoich wadach, umiem się do nich przyznać, wyrecytować i chyba słynę z autokrytyki. Ale jakoś… tych najgorszych wad nie umiem pokazać i naprawić, choć tak mi z nimi źle. No, to dalej uciekam. Przed sobą. A w sumie to przed życiem.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

# The sixth - Always (or, maybe: almost?) the same

Nie da się uciec przed samotnością. Ani przed sobą. Można na chwilę... ale potem trzeba wrócić, wyjrzeć przez okno... nie zawsze świeci słońce. Albo przynajmniej nie zawsze umiem je dostrzec.
Uczę się starać. Ale pustka mnie przeraża. Boję się ciszy.


Ale może coś się zmieniło. A na pewno - chcę tu zostać. Nie chcę tam wracać.
I chyba już trochę wiem, kim jestem i czego naprawdę chcę.

To może dużo się zmieniło.

poniedziałek, 11 lutego 2019

# The fifth - Big city life...

Z życia wielkiego miasta stołecznego Warszawy:
Sytuacja w tramwaju – młody mężczyzna, który w bezczelny sposób odzywa się do starszego mężczyzny. Jakaś starsza kobieta staje w jego obronie, on sam milczy. Sama jestem młoda i takie zachowanie mi przeszkadza. To chyba coś nie do końca jest w porządku. Trochę chyba… wstyd mi za niego?

Słońca raz wyłania się zza chmur, a zaraz się chowa. Mam widok na parking, od strony podwórza, z drugiej strony Pola Mokotowskie – dobre miejsce do biegania. Lekko się zauroczyłam tym miastem, a przecież tak nie lubię miast…?

Jesteś jeszcze Ty – PPMP. I moje zamieszane uczucia w głowie – całkiem niezły bajzel i nie bardzo wiem, z której strony brać się za niego, żeby go jakkolwiek ogarnąć.
Cała lista „Things have to do” (łamana angielszczyzna) – obecnie 27 pozycji (ciągle rośnie).

Boli mnie głowa. I boję się – tak po prostu. Wielkie wyzwania i wielkie oczekiwania. Nie chciałabym do kompletu "wielkiego rozczarowania".

wtorek, 1 stycznia 2019

# 4 The fourth - Something new for beginning... as usually, new year.


Uwikłana w chwilę i skrępowana marzeniami. Migawki zdarzeń, tysiące obrazów i wspomnień, miliony myśli.
„Nowy Rok – nowa Ty!” – chyba nie jestem dobra w postanowieniach noworocznych. A jednak cały czas próbuję.
Tylko żeby to chociaż trochę było prostsze.