Zasadniczo,
całe życie uciekam przed… czymś. Jako dziecko – przed rzeczywistością. Brzmi
może nieco groźnie, ale to raczej norma rozwojowa aniżeli anomalia czy dewiacja
– oczywiście do pewnego stopnia, na pewnym zdrowym poziomie. Dziecko potrzebuje
takiej ucieczki do „swojego świata”. Nie mam tutaj na myśli ignorowania
rzeczywistości, raczej płynne przełączanie się między fantazją a
rzeczywistością.
To najpierw
ucieczka przez rzeczywistością. A potem? Pewnie przez sobą. Okres dorastania,
trudny czas, co tu dużo mówić. I chyba tutaj mogę lokalizować poważniejsze,
bardziej widoczne początki swoich obecnych trudności. Do pewnego momentu szło
dobrze – przynajmniej względnie dobrze. A potem coś jakby… zgrzytnęło,
skrzywiło, odskoczyło w bok – i już nie wróciło, gdzie trzeba. Albo inaczej –
coś wcześniej musiało pójść nie tak, bo im więcej lat mija i im więcej wiedzy
zdobywam, im częściej się nad tym zastanawiam i słucham różnych opinii… choroba
pojawiła się właśnie w tym, a nie w innym momencie, bo chyba zbyt bardzo bałam
się poznać siebie, odkryć siebie. Coś poszło nie tak – nie wiem kiedy, nie wiem
dlaczego. Inaczej – mam rozmaite teorie, dlaczego. Pewnie któraś się trafna,
jakaś może bardziej, inna może mniej. A może prawda leży pośrodku albo każda
jest równie prawdziwa. W zasadzie, nieistotne. Coś poszło nie tak, a efekty
ciągną się do dziś. Podstawowe zadanie rozwojowe tego okresu – „Kim jestem?” –
jakoś… przeciągnęło mi się w czasie. I w sumie chyba nadal do końca się nie
wyklarowało. Choć z pewnością dziś wiem o sobie więcej niż wówczas.
Ale jeden
fakt jest niezmienny – nadal uciekam. Przed czym? Chyba dalej trochę przed
rzeczywistością (w pełni nigdy się z tego nie wyrasta), przez problemami, przed
deszczem i beznadziejną pogodą (wieje i jest zimno – gdzie to kalendarzowe
lato?!), ale głównie to chyba jednak… przed sobą. W sumie to zawsze wydawało mi
się, że najtrudniej przed sobą przyznać, że coś jest nie tak i zacząć coś
zmieniać. A teraz mam wrażenie, że… zdecydowanie trudniej mi pokazać innym, że
coś było/jest nie tak i zacząć zmieniać, bo znowu pokazałam już coś i teraz
musiałabym pokazać resztę, która mimo wszystko zmieniłaby obraz aktualny.
Cholera, wiem, że jestem beznadziejna. Wiem o wielu
swoich wadach, umiem się do nich przyznać, wyrecytować i chyba słynę z
autokrytyki. Ale jakoś… tych najgorszych wad nie umiem pokazać i naprawić, choć
tak mi z nimi źle. No, to dalej uciekam. Przed sobą. A w sumie to przed życiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz